Kontakt Strona główna Pliki do pobrania english

NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail:

Hazard bez kasyna

autor: Stanisław Zając

Przedstawione w ostatnich dwóch numerach „Gazety Otwockiej” [Jak to z kasynem było?] burzliwe dzieje budynku nazwanego „kasynem” przypomniały, iż reprezentacyjny gmach przy ulicy Parkowej nie spełnił oczekiwań inicjatorów. Nie stał się „jaskinią hazardu”. Natomiast sam zamysł wydawał się realny. W pensjonatach i willach otwockich spotykali się sympatycy i nałogowcy hazardu. Niekiedy ta „gra o sumie zerowej” (ktoś musi przegrać, aby wygrać mógł ktoś) sięgała wysokich stawek. Spotykali się przed rozpoczęciem budowy kasyna, spotykali się również później. Niektóre – bardziej głośne – przejawy tego zjawiska zostały opisane przez szukających sensacji dziennikarzy. „Podziemny” hazard stanowił część awanturniczych dziejów miasta-uzdrowiska. Bez niej historia Otwocka byłaby niepełna. Podążmy więc awanturniczą ścieżką sprzed niemal sześćdziesięciu lat, zachowując wdzięczność dla ówczesnych dziennikarzy prasy popularnej.

Jest rok 1933. W większości państw kończy się kryzys ekonomiczny. W Polsce jego przejawy potrwają jeszcze dwa lata. W mieście uzdrowiskowym niedaleko Warszawy wkrótce oddane zostanie do użytku „kasyno”, które jednak kasynem nie będzie.
 
W gazecie „ABC” z 6 maja można przeczytać długi – trójczłonowy - tytuł: Należy położyć kres szulerniom w pensjonatach. Otwock – siedlisko hazardu przygotowuje gabinety na przyjęcie nowych ofiar. Byłoby wielką stratą streszczać początkowy fragment artykułu. Jego zacytowanie niech będzie wyrazem uznania dla autora: Piękne słoneczne dni wiosenne zaczynają zapełniać pensjonaty otwockie kuracjuszami. Zjeżdżają starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, ludzie przeważnie najzupełniej zdrowi, dotknięci zaś jedynie chorobą ...karcianą. Jest bowiem publiczną tajemnicą, że Otwock – to Mekka warszawskich i niewarszawskich karciarzy. Wprawdzie osławione kasyno nie otwarło jeszcze i miejmy nadzieję nie otworzy swoich „gościnnych” podwoi, opromieniło ono jednak Otwock swoistym nimbem szulerki, nadało mu posmak zakazanych rozkoszy przy zielonym stoliku i mianowało niejako stolicą polskiego hazardu.
Zdaniem autora wiele komfortowo urządzonych pensjonatów zawdzięcza swoją egzystencję jedynie hazardowi. Ceny mają wysokie – niekiedy do kilkudziesięciu złotych za dobę w pokoju – jednak chętnych, omamionych nadzieją wygrania, nie brakuje. Gra jest „klubowa”; w banku zbiera się nieraz kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kto wygrywa? Zwykle nie wiadomo. Kto przegrywa? Oto kilka głośniejszych przykładów. Józef S. – syn kupca z ulicy Zamenhofa – otrzymawszy od ojca 14 200 zł na zapłacenie rachunków w Łodzi (...) przyjechał grać do Otwocka. Ojciec musiał wykupić marnotrawnego syna, gdyż zalegał za pobyt w pensjonacie... Rok wcześniej pewien kupiec, który przegrał ponad 50 000 zł, popełnił samobójstwo. Natomiast znany fabrykant łódzki rozwiódł się z żoną, która przegrała w Otwocku podczas kuracji kilka tysięcy złotych.
Hazard o mniejszą sumę, ale o głośnym zakończeniu odnotował 30 sierpnia „Wieczór Warszawski”. Tytuł informacji był krótki: Szuler w pensjonacie otwockim. W którym pensjonacie? Współcześni z pewnością wiedzieli. Do pensjonatu tego w każdą sobotę przyjeżdżał znany zawodowy gracz karciany T. Podobnie było podczas krytycznego letniego weekendu. Przez całą noc trwała partyjka pokera. Nad ranem ciszę pensjonatu zakłóciły głośne okrzyki. Rozbudziły wielu gości, którzy powyskakiwali roznegliżowani ze swoich pokojów. Okazało się, iż żona pewnego przemysłowca z Warszawy przegrała 250 zł do zawodowca i nie miała dopłaty 30 zł. Awanturę rozpoczął tenże zawodowiec - krzycząc, że nie będzie pracował bezpłatnie całą noc. Właściciel pensjonatu, aby wyciszyć sprawę, z własnej kieszeni pokrył przegraną sumę, jednak polecił siłą usunąć szulera nad ranem z zakładu.
Hazardowy sezon trwał w Otwocku również późną jesienią. „Kurier Codzienny” z 8 listopada 1932 r. informował: Karciane cuda Zawichosta pozostawiły smutne wrażenie w Otwocku. Wydarzenia rozegrały się, jak w klasycznym scenariuszu filmowym. Aron Zawichost – czasowo zamieszkały w Otwocku - został namówiony przez nijakiego Rabina G. – zameldowanego w Warszawie – aby zagrać „w dziewiątkę”. Na początku przegrywał, później jednak zaczęła mu tak karta walić, jakby nigdy nie miał szczęścia w miłości. Jaką sumę wygrał? Ponoć stał się bogaczem. Przegrani partnerzy zaczęli coś podejrzewać, powstała wśród nich myśl inwigilacji. Okazało się, że zwycięzca pomagał swojej fortunie: operował przy kartach mniej głową, a więcej ręką. Natomiast „naganiający” Rabin G. był jego wspólnikiem. Wprawdzie zawiadomiono, kogo trzeba – jednak oszuści zdołali opuścić progi przybytku sztuki. Gdzie rozegrało się otwockie „Żądło”? Które miejsce w Otwocku było owym przybytkiem sztuki? „Kasyno” było jeszcze w budowie...