Kontakt Strona główna Pliki do pobrania english

NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail:

Ulica Kościelna – lata trzydzieste

autor: Maciej Świerczyński

Duża posesja przy ul. Kościelnej pod Nr 10, zawarta w kwartale ulic: Kościelnej, Kościuszki, Szopena i przejściowej uliczki, to była nieruchomość Sukcesorów Zawadzkich, a następnie willa Szeliskich „Szeliga”, pomniejszona później o wąski pas gruntu wzdłuż Szopena, którą na początku lat dwudziestych kupił bogaty kupiec warszawski Oszer Perechodnik.

Na posesji tej stały cztery domy mieszkalne od ulicy i stróżówka w głębi, z których pierwszy i trzeci, licząc w stronę Kościuszki, były domami pierwotnymi, stojącymi już w 1893 roku, a drugi był „najmłodszy”, stawiany już przez Oszera Perechodnika w roku 1924, co potwierdzają rok i inicjały „O.P.” w szczycie domu nad werandą.

Dwa domy, pierwszy i trzeci, „jednakowej konstrukcji”, stanowiły „lustrzane odbicie”. Składały się z dwóch lokali i pokoiku na piętrze, do którego prowadziły boczne schody „przylepione” do zewnętrznej ściany, a pod nim była weranda. Pierwszy dom rozbudowano w stronę wąskiej uliczki. Powstał duży parter z werandą, a nad nim normalne piętro również z werandą. Na parterze mieszkał czas jakiś lekarz weterynarii Tomasz Papciak z żoną, synem Ziutkiem – moim kolegą i córką Zosią, a po nim od 1938 roku, dentystka Lidia Suchecka-Wolańska z mężem i dwiema córkami, mając gabinet dentystyczny od strony Kościelnej. W czasie wojny mąż, oficer rezerwy, przebywał w niewoli niemieckiej w oflagu, ale wrócił i postarał się o trzecią córkę. W okresie wojny zamieszkał na parterze, ale od tyłu domu, po lewej stronie, Stefan Alchimowicz z żoną, która uczyła angielskiego w domu. Bardzo mili i solidni ludzie. Drugi dom, drewniany, piętrowy, zajął dla siebie i swojej rodziny właściciel Oszer Perechodnik, lokując się na piętrze. Dom był z werandami: jedna nad drugą na parterze i na piętrze, z prawej strony oszklonymi różnokolorowymi szybkami, a od tyłu, od południa – nieosłoniętymi.

Dom stał w dużej odległości od Kościelnej i dużo od niej niżej. Na parterze wchodziło się po wysokich murowanych schodkach. Rodzina Perechodników była naszymi sąsiadami z przeciwka od ponad 25 lat. Znaliśmy się jako sąsiedzi i obywatele miasta, a p. Oszera znałem osobiście, bo na jego posesji mieszkali moi koledzy, do których chodziłem, a on wiedział, kim ja jestem. Często przychodził do naszej Apteki w różnych sprawach.

Wraz z żoną nosili się nobliwie; on zawsze w eleganckim kapeluszu bez żadnego wklęśnięcia, który unosił lekko przy pozdrawianiu kogoś i uśmiechał się pokazując „platynowe” zęby. Często chodził po posesji i doglądał porządku i czystości ulic i rozmawiał ze swymi licznymi lokatorami, był bardzo grzeczny i uprzejmy. Często wołał dozorcę: „Adamie! Adamie!” i przekazywał mu różne polecenia. Adam był stary i lubił zaglądać do kieliszka, często przysypiał w dzień, mieszkał samotnie, ale raptem w 1937 roku ożenił się z młodszą od siebie o ponad 25 lat kobietą, co było atrakcją, i... umarł wkrótce. Na jego miejsce przyszedł Jan Dębowski, zwany później przez wiele lat po wojnie „Jankiem od Schlichta”, bo był również dozorcą w okresie okupacji niemieckiej u Schlichta – komendanta policji kryminalnej w willi dra Wajdenfelda, zaraz obok.

Calela Perechodnika widywałem rzadko, gdy przychodził do rodziców, w okularach, w czapce cyklistówce, wyglądał niepozornie. Któż mógł wówczas przypuszczać, że tak potoczą się jego losy, i że pozostanie po nim trwały i przejmujący dokument „Czy ja jestem mordercą?”.

W domu tym mieścił się wiele lat do wojny Zarząd Gminy Wyznaniowej Żydowskiej, której prezesem był Lejb Moszek Engelman. Często widać było przychodzących po przyznanie zapomogi ubogich Żydów, a takich było w Otwocku bardzo wielu! W czasie, gdy Oszer Perechodnik wraz z rodziną zmuszony został do przeniesienia się do getta w końcu 1940 roku, wynajął frontową część swojego mieszkania na piętrze – na mieszkanie, a lokal po nim na parterze – na gabinet doktorowi Aleksemu Kacperskiemu, za radą dla obu stron i pośrednictwem mojego wuja Henryka Kowalskiego. Wówczas wiele takich spraw załatwianych było w naszej Aptece, w tych tragicznych czasach.

Dr Aleksy Kacperski wraz z żoną Czesławą, niestety poważnie zagrożoną gruźlicą, przybył do Otwocka w 1938 roku jako lekarz chorób płuc w Policyjnym Domu Zdrowia przy ulicy Moniuszki 4, prowadzonym przez panią Dyrektor, niezapomnianą dr Wandę Stankiewicz Trybowską i tam zamieszkał.

Byli to wówczas ludzie młodzi, ona bardzo ładna, elegancka, atrakcyjna, rzucająca się w oczy kobieta, on sympatyczny, z zabójczym wąsikiem, dobry i wkrótce znany i ceniony lekarz, byli pożądani w towarzystwie.

Gabinet wyposażony w rentgena zaczął funkcjonować po likwidacji PDZ i był odwiedzany przez wielu pacjentów, z początku kierowanych wprost z naszej apteki. Pani Czesława Kacperska w czasie wojny przechodziła ciężkie załamanie stanu zdrowia na tle postępującej gruźlicy i dopiero w 1945 roku zastosowanie tylko co wynalezionych antybiotyków pozwoliło na jej opanowanie tak, że przeżyła o wiele lat swojego męża.

Trzeci dom, wymieniony już w 1893 roku przez Edmunda Diehla w jego informatorze, to dworek w stylu Andriollego, lekki, elegancki, z uroczą werandką na parterze i balkonikiem na pięterku w wieży, z lekką wieżyczką nad nią. To zabytek historyczny w skali Otwocka, tak zresztą jak każdy dom z tamtych czasów, który „dożył” obecnych czasów, naturalnie ruszony już zębem czasu i zeszpecony różnymi zabudowanymi byle jak werandkami, balkonikami i pozbawiony misternie wykonanych ozdób.

Na parterze z wejściem od werandki mieścił się kilka lat sklep J. Wasserzuga: Elektrotechnicznych przyborów wielki wybór oraz żarówki po cenach konkurencyjnych. Było tam wszystko potrzebne do wykonania instalacji elektrycznej w mieszkaniach, do założenia anten radiowych, do wykonania kryształkowych odbiorników radiowych i wiele innych drobiazgów tej branży, a oprócz tego wielki wybór pocztówek Otwocka, wykonanych i wydawanych przez J. Wasserzuga - wielkiego patriotę Otwocka.

Był to pan w starszym wieku, z bogatą czupryną przysypaną siwizną, zawsze w swetrze golfie, trochę roztargniony i zaniedbany, słowem pasjonat w swojej branży. Chętny był zawsze do udzielania rad i służył pomocą majsterkowiczom, a także sprzedawał papeterię, gazety i różne poradniki techniczne.

Później na parterze był jakiś bank, w którym pracował znany mi Mieczysław Gajger, wówczas dwudziestokilkuletni młody człowiek ze sztywną nogą, który był czynnym działaczem Stronnictwa Narodowego i przypłacił to śmiercią w Oświęcimiu w 1941 r.

Czwarty dom, drewniany narożny piętrowy ze strychem, to właściwie wielkie domisko, stojące przy skrzyżowaniu ulic na narożniku posesji, z jednym głównym skrzydłem wzdłuż Kościelnej i drugim wzdłuż Kościuszki. Na końcu każdego skrzydła, od zachodniej i południowej strony, miał przy ścianie szczytowej otwartą werandę na parterze, a nad nią - na piętrze. Od Kościelnej na parterze mieściły się sklepy. Pierwszy sklep, drzwi wejściowe oszklone i okno wystawowe z prawej, należał do Mateusza Chojnowskiego – Sklep Łokciowo- galanteryjny i konfekcja damska. Wyroby koszykarskie. Wraz z żoną, masywnej postury, prowadził sklep wzorowo, bogaty asortyment, miła, uprzejma i fachowa obsługa tak jak u Babickich, no bo p. Helena też była z domu Nowicka, a oboje z mężem, nie mając dzieci, wychowywali dwoje kuzynów, również Nowickich – Tadeusza i, chyba, Halinę, wówczas kończących Otwockie Gimnazjum. Tadeusz miał wielką bliznę na nosie po uderzeniu dyskiem w czasie zawodów.

Za sklepem było mieszkanie z werandą po-łączone z nim, a z wejściem również od tyłu domu z klatki schodowej. Ciekawe – klamki w tym domu były z rączką drewnianą, bo Niemcy w czasie I wojny światowej zabrali mosiężne.

Drugi sklep, drzwi wejściowe oszklone i dwa okna po bokach, to zwany potocznie „trykotyniarz”, Otwocka Pracownia Trykotarzy. Poleca wyroby Jedyne Wełniane, najnowsze fasony damskich żakietów. Ubiory sportowe i dziecinne. LICHTENSZTAJN. Sklep i warsztat, z tyłu mieszkania. Pracę maszyn wciąż było słychać, gdy było się w pobliżu, a w lecie, gdy okno lewe było otwarte, widać było kilku ludzi z rodziny, zapracowanych, bez chałatów, w jarmułkach i z zawiniętymi rękawami od koszul.

Rodzina była duża. „Babcia na gumowych nogach”, bo tak nazywaliśmy ją, będąc dziećmi, starsza otyła pani poruszająca się z trudem na bardzo grubych nogach, które wydawało się, że skrzypią, prowadziła całe gospodarstwo i wciąż podkarmiała kilkoro wnuków w różnym wieku, a to winogronami, a to bananami czy pomarańczami, których oni często nie chcieli jeść i deptali nogami, trochę za naszą – starszych – namową. Babcia wtedy mruczała pod nosem jakieś żydowskie przekleństwa i groziła nam palcem, ale stosunki były dobre.

Rodzina cała, od świtu do nocy, nic tylko produkowała różne wyroby na indywidualne zamówienia i do sprzedaży w sklepie oraz do sprzedaży hurtowej. Pamiętam ten specyficzny zapach rozgrzanej przędzy i tego wszędzie będącego kurzu i oleju maszynowego pachnącego naftą.

W 1938 roku rodzina Lichtensztajna wyprowadziła się wraz ze sklepem i warsztatem do nowo powstałego budynku sklepowego na ulicy Warszawskiej 27 i zajęła dwa pierwsze sklepy.

Po nich lokal ten był biurem Notariusza – sędziego Kazimierza Moykowskiego, mieszkającego w Brwinowie, skąd codziennie dojeżdżał pociągiem elektrycznym. Był to bardzo miły i szacowny elegancki pan w starszym wieku, z którym zaprzyjaźnił się mój wuj Henryk Kowalski, głównie z powodu hodowli rasowych gołębi i którego cała nasza rodzina bardzo dobrze znała i korzystała z jego rad.

Trzeci sklep, największy i najbardziej reprezentacyjny, był na rogu domu, dwie wystawy od Kościelnej i Kościuszki, Bracia Pakulscy. Warszawa. Oddział w Otwocku. Handel win, towarów kolonialnych i spirytualji. Doskonale, bogato i wykwintnie zaopatrzony, z fachową i uprzejmą obsługą. Filią firmy kierował Leopold Piechowski, „urodzony kupiec”, bardzo miły, znany i ceniony fachowiec i znawca win, który wkrótce ożenił się z panną Hilarią Kuczyńską, ze znanej i zasłużonej dla Otwocka rodziny, pracującą wówczas w naszej Aptece, a sklep znajdował się vis a vis! Muszę dodać, że na fotografii na frontowej stronie „Gazety Otwockiej” z marca tego roku, która zainspirowała mnie do pisania o „Ulicy Kościelnej lat trzydziestych”, idąca dziarsko para to młodsza siostra p. Hilarii, Krystyna z mężem, a starszy brat, Franciszek, był znanym urzędnikiem Otwockiego Magistratu, po wojnie zaś pierwszym szefem nowo powstałego Urzędu Stanu Cywilnego, który zorganizował i prowadził nienagannie aż do śmierci.

Nazywano go niekiedy „biskupem otwockim” i to on udzielał nam ślubu cywilnego 5 czerwca 1951 roku, bez pompy, bo wówczas była to zwykła konieczność administracyjna (w małym pokoiku na lewo, zaraz po wejściu do budynku „B”).

Bracia Pakulscy w Warszawie to było uosobienie dobrego towaru, zawsze z „kołeczkiem” lub drewnianą rączką wygodną do niesienia paczki. Na początku lat trzydziestych, w dobie kryzysu ekonomicznego, sklep w Otwocku został zlikwidowany, a na jego miejscu były tez sklepy spożywcze. Ostatnio przed wojną sklep „Zofia” Zofii Gelblum, siostry Zelika, właściciela knajpy dorożkarskiej na Kościelnej 1 oraz Józefa, właściciela rozlewni piwa na Bazarowej u Wałachowskich, którego wraz z rodziną ocalił przed Niemcami Marceli Górski i jego żona Janina.

Przy końcu 1940 roku, gdy było już wiadomo, że Żydzi muszą przenieść się do getta, sklep wynajął od O. Perechodnika Leopold Babicki i przeniósł swój sklep z Kościelnej 8, a zamieszkał na piętrze w skrzydle domu od Kościuszki, zajmując duże mieszkanie z werandą od południa. Właśnie w tym skrzydle domu na parterze mieszkanie z werandą, a z niej po drewnianych schodkach do ogrodu, zajmował Bronisław Grabiński z żoną Heleną.

Od osiedlenia się w Otwocku ok. 1920 roku, przybywszy z Pilawy, dr Grabiński włączył się aktywnie w nurt życia miasta i prac administracyjnych, organizacyjnych i społecznych jako ławnik w Magistracie otwockim i naczelny lekarz w Uzdrowisku dla chorych płucnych Magistratu m.st. Warszawy. Również jego żona Helena związała się z Otwockiem, działając społecznie w Opiece szkolnej przy Szkole Nr 1 oraz w „Kole Polek”, którego przewodniczącą była drowa Wacława Cybulska.

Byli to państwo z towarzystwa, mili, eleganccy, bywający w wielu otwockich domach, biorący znaczący udział w życiu „Spójni”, klubu inteligencji otwockiej, która notabene była w tym samym domu, na piętrze, zajmowała całe skrzydło od Kościelnej i narożnik. Z naszą rodziną zaprzyjaźnieni byli bardzo blisko i serdecznie. Doktor jako specjalista od chorób kobiecych, a następnie wewnętrznych i dzieci, przyjmował prywatnie w swoim gabinecie oraz prowadził laboratorium analiz lekarskich. Wejście od Kościuszki przez dwuskrzydłowe, oszklone drzwi z kręconym dzwonkiem do poczekalni, a gabinet był po lewej stronie (obecnie jest tu gabinet dentystyczny).

Doktor był również lekarzem kolejowym odcinka od Pilawy do Wawra. Po nagłej śmierci dra Grabińskiego, 13 stycznia 1933 roku pani Helena przeprowadziła się do naszego domu na pierwsze piętro (ob. Kościuszki 11), a mieszkanie zajął adwokat Wacław Strojnowski z żoną Władysławą i synami: Adamem i Jerzym, moimi kolegami chodzącymi do miejscowego Gimnazjum.

Strojnowscy mieli stół pingpongowy, toteż wciąż było u nich pełno młodzieży grającej namiętnie w ping-ponga w ogrodzie lub, gdy padał deszcz, na werandzie, a widzów na ulicy zbierało się też wielu. A w dawnym gabinecie lekarskim była kancelaria adwokacka prowadzona sprawnie z pomocą pani Władysławy, zresztą zapalonej działaczki Stronnictwa Narodowego i entuzjastki Romana Dmowskiego, co nie za dobrze wpływało na opinię kancelarii.

W mieszkaniu nad Strojnowskimi mieszkała od dawna pani Stanisława Willbertowa, najstarsza córka i pierwsze dziecko dra Józefa Geislera, wraz z mężem Aleksandrem i jego matką Eufrozyną z domu Rose, córką dra medycyny Józefa Konstantego Rose.

W 1892 roku ordynował on w sezonie letnim w Otwocku i uruchomił zakład kumysowy, w którym przyrządzano modny wówczas napój z kobylego mleka stosowany do leczenia gruźlicy, przez sprowadzonego specjalnie dla tego celu Tatara. Działalność pani Stanisławy Willbertowej i pani Heleny Grabińskiej oraz szczególnie działalność i znaczenie „Spójni” w Otwocku i dla Otwocka Uzdrowiska wymaga, moim zdaniem, osobnego opracowania, bo tu biło serce Otwocka i tu budował się Otwock Uzdrowisko – dziedzictwo dzisiejszego Otwocka.

Przez 50 lat, w tym 5 lat okupacji niemieckiej i 45 lat w tzw. niechlubnej pamięci PRL-u, zapomniane i ignorowane powinno być przekazane dzisiejszym pokoleniom Otwocka. Dzięki przychylnym łamom „Gazety Otwockiej” mam świadomość, że ludzie, których wspominam i których opisuję, znowu „żyją w Otwocku”.